Słodko-gorzki tydzień

Miałam pisać, o czymś zupełnie innym, ale nie mogę. Przyszedł słodko-gorzki tydzień, wiele wydarzeń i wiele emocji. Teraz jestem po prostu wyczerpana tym wszystkim i muszę to wyrzucić z siebie, żeby nie zwariować.

Gorzki poniedziałek

Tydzień rozpoczął się nader wcześnie, bo o drugiej nad ranem. Dziecię moje postanowiło, że sen jest dla słabych i zaczęło koncertem, który bardziej przypominał kwik zarzynanej świni, niż słodkie kwilenie maleństwa. Mąż wstał ją uspokoić. Słyszę, jak mówi do niej spokojnym głosem, że jest nocka i trzeba iść spać. Dziecię histerycznym głosem zawołało : „nie, nie, nie” i dalej w ryk. Ech, tym razem nie pójdzie łatwo. Mąż nadal tłumaczy, że na niebie jest księżyc i że wszystkie dzieci śpią. Cały dom trzęsie się od głośnego „nie, nie, nie”. Chyba z dziesięć minut minęło zanim się dogadali, że chodzi o zmianę pieluszki.

W pieluszce istny armagedon. Na lewo, na prawo, w górę i w dół… Smród, że włosy się prostują i masz ochotę wyjść z domu i nigdy nie wrócić. Ale spoko, zdarza się. Szybki serwis pieluszki i Mała jest już z powrotem w łóżeczku. Mąż poszedł usunąć nieczystości i umyć ręce. Kładzie się i mamy nadzieję oddać się największej przyjemności rodzica, czyli spaniu. Wtem słyszymy ciche, ale bardzo wyraźne słowa dziecięcia: „o joj. siu-siu”. Znaczy to ni mniej, ni więcej, że wróciliśmy do punktu wyjścia. Dziecko nie śpi i trzeba je przewinąć.

Powtórzyliśmy całą procedurę serwisowania dziecka. Zamiast do łóżeczka trafia do mnie na ręce. No bo jak tu odmówić takiej prośbie „mama, oć”. Teraz ja tłumaczę, jak umiem, że nocka, że trzeba spać, że księżyc, że dzieci śpią. Mała kiwa główką ze zrozumieniem. Uda się, zaraz znów pójdziemy spać. Już zaczynam się powoli cieszyć, kiedy moje dziecko patrzy mi w oczy i mówi „o joj”. W tym samym momencie mam niezbite dowody na to, że znów wróciliśmy do punktu wyjścia.

Ni nic to. Po tym trójboju udało nam się w końcu trochę pospać. Wstajemy wcześniej niż zwykle. Tego dnia jedziemy z Małą razem z mężem do pracy. Słowo wyjaśnienia – mąż naprawia elektronarzędzia i ma zakład u teściów na podwórku. Kiedy zabieramy się z nim, on idzie do pracy, a my siedzimy z babcią. Pakujemy się do samochodu.

Teraz powinno być napisane, że spokojnie dojeżdżamy na miejsce. Powinno. Pali nam się kontrolka otwartych drzwi. Zdziwienie, bo wszystkie drzwi zamknięte. Mąż wysiada i sprawdza wszystko jeszcze raz. Okazuje się, że kalpa bagażnika nie chce załapać. Mąż próbuje ją zamknąć jeszcze raz. Nic z tego. Kolejna próba i kolejna, a czas leci. Uff, w końcu załapała. Możemy ruszać.

Jedziemy. Jeszcze się nie spóźnimy. Po trasie liczymy, ile samochodów stoi na poboczach i leśnych parkingach. Oczywiście wszyscy postanowili przyjechać na grzyby. I spoko, nic do tego nie mam, o ile bezpiecznie zostawiają swoje samochody. Ale kurde, pobocze takie duże, a jeden z drugim stawia pojazd tuż przy krawędzi jezdni. Z rozważań wyrywa mnie dziwny dźwięk wydobywający się z bagażnika. Elektrozamek raz się zamyka, raz otwiera. Kiedy jesteśmy już prawie na miejscu, czujemy okropny smród. Nie, tym razem to nie Hanka. Elektrozamek w klapie bagażnika wyzioną ducha i zostawił po sobie intensywny swąd palonego plastiku.

Wyglądało na to, że pięknie nam się ten tydzień zaczyna. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że będzie jeszcze gorzej. Ale do rzeczy. Udało się zamówić zamek i miał przyjść następnego dnia. Postanowiliśmy odpuścić robienie zakupów i przełożyć je na wtorek. To był powód, dla którego ruszyłam się z domu. Poza tym w zasadzie miałam nadzieję, że uda się odebrać mój samochód z naprawy.

Tak, po raz kolejny zepsuł mi się samochód. Mój Posejdon strasznie charczał, więc wolałam zafundować mu przegląd przed badaniem technicznym. Do mechanika trafił w środę. Trzeba było wymienić żarówkę i sprawdzić, co to za dziwne dźwięki wydobywają się z silnika. W czwartek nie można już się było dodzwonić do specjalisty. Byłam jednak dobrej myśli. Mąż ostrzegał mechanika, że w poniedziałek musi zabrać samochód, więc nie powinno być żadnych problemów. A jednak były.

Mój Posejdon został zakładnikiem! Mechanik nie odbiera telefonu. Mąż postanowił się do niego przejechać i sprawdzić, co się właściwie dzieje. Zajeżdża na miejsce, a tam ciemno, cicho i głucho. Wszystko pozamykane na cztery spusty i nikogo nie ma. Samochodu ni widu, nie słychu. Gdyby mechanik nie był znajomym męża, to już bym w tym momencie dzwoniła na policję. No bo kurde no, ja chcę z powrotem mój samochód.

Do domu wróciłam zmęczona, głodna i zła. Nie udało nam się zrobić zakupów, nie odebrałam samochodu, a tylko zepsuła się klapa w samochodzie męża. Super po prostu.

Słodki wtorek

We wtorek ponownie ruszamy wszyscy razem. Może w końcu uda nam się odebrać samochód i zrobić te zakupy? Przynajmniej niech nam te zakupy wyjdą, przecież jeść coś trzeba. Mechanik wciąż nie odbiera telefonów, a dziś mija termin badania technicznego. Posejdon nadal w niewoli. Zastanawiam się, czy już mam pisać list gończy, czy jeszcze poczekać i czy wystawić go za Posejdonem, czy za mechanikiem. Pod warsztatem wciąż cicho, głucho i ponuro. Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie…

W międzyczasie przychodzi nowy zamek do samochodu męża, Bez problem udaje się go zamontować na swoim miejscu, więc wszystko wskazuje na to, że jednak nie umrzemy z głodu. Huraaaa!!!

W tym momencie dzieję się coś ogromnie pozytywnego i nieoczekiwanego. Dostaję wiadomość, która robi zamieszanie nie z tego świata i powoduje, że unoszę się dwa metry nad ziemią. Ale zanim, co do czego przenieśmy się trochę w czasie.

W połowie sierpnia dowiaduję się, że jedna ze szkół w Białymstoku prowadzi nabór na kwalifikacyjny kurs zawodowy z projektowania i wytwarzania odzieży. Do tego w systemie zaocznym. A żeby było jeszcze piękniej kurs jest zupełnie za darmo. Jedyny problem jest taki, że wiadomość dociera do mnie koło dwudziestej z minutami 16 sierpnia, a do 17 sierpnia można składać podania o przyjęcie.

Drżącymi rękami wypełniam papiery. Z bijącym mocno sercem drukuję zdjęcia, w duchu dziękując sama sobie za zakup papieru fotograficznego. Martwię się zaświadczeniem od lekarza medycyny pracy. Czuję się podekscytowana i mam w brzuchu motylki. Wrócę do szkoły, znowu będę się czegoś uczyć. Cudownie! W nocy nie mogę zasnąć, bo wyobrażam sobie, jak wspaniale będzie uczyć się szycia.

Następnego dnia, z samego rana wiozę papiery do szkoły. Pani w sekretariacie przyjmuje moje podanie i mówi, że na pewno spokojnie się dostanę, bo mają w sumie mało chętnych. Wyniki są w poniedziałek, więc cały weekend żyje nadzieją. I jest, w końcu przychodzi pierwszy dzień tygodnia. Otwieram maila, szukam wiadomości ze szkoły. I duuuuuuuupa. Jest jedna wielka dupa, bo jednak mnie nie przyjęli. Smutno mi było, ale jakoś się z tym jednak musiałam pogodzić.

Wracamy do teraźniejszości. Ponownie dostaję wiadomość ze szkoły. Piszą w niej, że było tylu chętnych, że utworzyli kolejną grupę. Hura!!! Hura!!! Hura!!! No to jednak będę się uczyć 🙂 🙂 🙂 Tyle, że zaświadczenie od lekarza trzeba donieść do piątku.

Od tego miejsca nie było takiej rzeczy, która mogłaby mi zepsuć humor. Świat widziałam przez różowe okulary i znów czułam podekscytowanie na myśl o zbliżających się zajęciach przy maszynie do szycia. Myślałam o kolejnych projektach do zrealizowania, kiedy robiliśmy zakupy.

Zobaczyłam go nagle na sklepowej półce. Miał wdzięcznie wygiętą szyję, śmieszny zakrzywiony dziób i patrzył na mnie głupkowato. No i był różowy, cały różowy. Mąż powiedział, że muszę go mieć, a ja się nie broniłam. I tak oto mam swojego flaminga-skarbonkę. Mąż mówi, że to na przyszłe szyciowe projekty.

Zakupy poszły nam gładko, o dziwo nawet Mała nie marudziła tylko grzecznie siedziała w wózku sklepowym. Załadowaliśmy wszystko do bagażnika. Zamykamy klapę i w tym samym czasie zaczęły nam migać świata z tyłu. Ale zaczęły i zaraz przestały, więc nie zawracaliśmy tym sobie dłużej głowy. Mała zasnęła nam w samochodzie w drodze do domu. To był cudowny wtorek.

Zabiegana środa

Pracę zaczęliśmy bardzo wcześnie. O trzeciej nad ranem dziecię me postanowiło, że znów musi urządzić koncert, który obudził by z grobu umarłego. Tu żądanie było jasne i konkretne, nie pozostawiało żadnych złudzeń: „mniam-mniam”. Ponoć nie negocjuje się z terrorystami, ale ja próbowałam. Próbowałam i poległam. Żadne „Haniu, a może się tylko napijemy mleczka” nie pomogło. Mniam-mniam, mniam-mniam, mniam-mniam….. Coraz głośniej i głośniej. Poddałam się i o w pół do czwartej, siedliśmy przy stole i zrobiliśmy płatki owsiane.

Nakarmione dziecię poszło wreszcie spać, a ja razem z nim. Sen nie potrwał zbyt długo, bo przecież tego dnia musiałam wybrać się po zaświadczenie lekarskie. No to szybko najpierw do szkoły po skierowanie, a potem grzecznie w kolejeczkę pod gabinet lekarski. Do południa uwinęłam się ze wszystkim.

W międzyczasie okazało się, że miganie świateł przy zamykaniu bagażnika, było jednak czymś, czym należało się przejmować. Nowy, świeżo założony zamek spalił się, tak jak jego poprzednik. Można by rzec, stówa wyrzucona w błoto. I jak tu się nie wściekać?

Mało? No to jedziemy dalej. Posejdon został w końcu uwolniony z niewoli, a mechanik magicznie się odnalazł. O dziwo, był cały i zdrowy, nie uległ żadnemu wypadkowi, nie uciekł z kraju, ani nie porwali go kosmici. No bo wiesz, hue hue hue, byłem w trasie, hue hue. A jak jestem w trasie, hue hue hue, to nie biorę ze sobą telefonu, hue hue.

Tak, koleś sobie wyjechał i ciężko mu było nawet sms-a napisać przed wyjazdem. Oj, mężu obawiam się, że krąg twoich znajomych się w tej chwili zmniejszył. Termin badania minął wczoraj. Nawet żarówka była nie wymieniona. Dowiedział się, że te dziwne dźwięki wydawała skrzynia biegów. Trzeba będzie ją wymienić, więc znowu szykuje nam się wydatek. Dostałam jednak zapewnienia, że mogę normalnie korzystać z samochodu, bo  zanim skrzynia całkiem się rozsypie, zacznie chlapać olejem, więc będzie łatwo poznać, kiedy trzeba się nią zająć. Zaraz po badaniu technicznym wróciłam z Małą do domu i obie poszłyśmy na drzemkę.

Słodki czwartek

To był chyba jedyny dzień tygodnia, który był w miarę spokojny. Od rana lał deszcz. Nadrabiałam zaległości w pracach domowych, prałam, składałam ubrania, gotowałam, bawiłam się z Małą. Nawet udało mi się zakisić ogórki w kamionce, więc ogólnie duma.

Słodki piątek

Znowu padało, więc wzięłam się za kiszenie kapusty. Pracy przy tym dużo, ale satysfakcja ogromna. Mała dzielnie pomagała mi przy szatkowaniu kapusty. W międzyczasie zadzwonił mąż z wiadomością, że udało mu się naprawić swój samochód. Wszystko powoli wracało na swoje tory.

Koło drugiej przestało wreszcie padać. Zjedliśmy z Małą obiad, ubrałyśmy kalosze i ruszyłyśmy na spacer. Tym razem nie ograniczaliśmy się do samego podwórka, a poszłyśmy na łąkę. Przeszłyśmy kawałek i znaleźliśmy ogromne ilości grzybów. Maślaki były wszędzie i ciężko było ich nie podeptać. Potem, kiedy już wrócił mąż, zebraliśmy ich całe ogromne wiadro.

Znowu było dużo pracy. No w końcu maślaki same się nie obiorą ze skórki i nie wskoczą do słoiczków. Położyliśmy Małą i do późna w nocy siedzieliśmy nad grzybami. Szykowałam się na pierwsze spotkanie w szkole.

Bardzo gorzka sobota

Ta sobota zostanie na długo w mojej pamięci. Cały ten słodko-gorzki tydzień nie dokuczyłby mi tak bardzo gdyby właśnie nie ten dzień, który znów zaczął się stanowczo zbyt wcześnie. Nie dość, że zaczął się wcześnie, ot oczywiście zaczął się od nocnych krzyków mego dziecięcia.

Palenie w ogniach piekielnych, obdzieranie ze skóry, msza na cześć jakiejś mrocznej istoty czy też dźwięk zwiastowania końca świata – to tylko niektóre skojarzenia, przychodzące mi na myśl po usłyszeniu tego ryku. To dziecko jest takie małe, a potrafi wydawać z siebie tak głośne dźwięki, że mogłyby konkurować z dźwiękiem odlatującego odrzutowca. Serio. Kiedy budzi cię, coś w tym stylu, jesteś co najmniej zdezorientowany.  Twój mózg jeszcze nie ogarnia do końca, co się właściwie stało, a już musisz wstawać i pocieszać tą małą istotę.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że z całych sił starasz się pomóc tej małej, zagubionej istotce, a czasem jesteś po prostu bezradny. Głaszczesz, przytulasz, nosisz na rękach, wycierasz nosek, sprawdzasz temperaturę, mówisz czułym głosem, śpiewasz kołysanki, podgrzewasz mleko i wszystko na nic. Po minucie spokoju, jest kolejne 15 minut płaczu. Nie wiesz, co robić, a twój mózg powoli dostaje zwarcia. I w końcu, po prawie trzech godzinach koncertowania, dziecko zasypia, a ty zastanawiasz się, czy jeszcze się położyć, czy już zacząć szykować do wyjścia.

Postanowiłam się jednak położyć. Ostatecznie godzina snu jest lepsza niż nic. Wstaję zmęczona i poobijana. Ubieram się i bez śniadania ruszam w drogę. I od tej pory to już w ogóle dzieje się czeski film. Przysięgam, żeby mi to ktoś opowiadał, to bym mu nie uwierzyła. To wszystko przydarzyło się właśnie mi, więc nie mogę w to nie wierzyć, bo doświadczyłam tego na własnej skórze.

No więc jadę. Nie dojechałam za daleko, kiedy Posejdon zaczął postękiwać. No, ale dobra, to jakoś zniesiemy. Przy kolejnym skrzyżowaniu, stękanie zmienia się w kwik zarzynanej świni. Co ciekawe, kiedy dodaję gazu, silnik pracuje niemal normalnie. Kiedy tylko puszczam pedał… Kwiiii… Kwiiiiiiiiiiiiiii…. No to staram się jednak częściej dodawać gazu.

Połowa trasy za mną. W głowie po raz pierwszy pojawia mi się myśl, że chyba jednak nigdzie nie dojadę. No, ale mechanik mówił przecież, że jeszcze sporo pojeżdżę, zanim rozsypie mi się skrzynia biegów. Posejdon wspina się pod górę. Mam wrzuconą piątkę, dodaję gazu, ale wcale nie jadę szybciej! Noż kurde…. Samochód nie da rady jechać szybciej niż 80km/h. Jadę więc dalej, licząc na to, że jakoś to będzie.

Jestem już na obrzeżach miasta. Staję przed rondem i dupa. Nie mogę wrzucić jedynki. Jakimś cudem udaje mi się jeszcze ruszyć z dwójki. Jadę jeszcze parę metrów i stwierdzam, że samochód w ogóle już nie przyspiesza. Mam jakieś 20km/h na liczniku, kiedy stwierdzam, że skręcę pod sławny market z owadem w logo. Skręciłam, stanęłam. Posejdon skonał na parkingu Biedronki.

Nie było czasu na opłakiwanie i żałobę. Przecież musiałam dostać się na pierwsze zajęcia. Pierwsza myśl – autobus. Przystanek był niedaleko, więc szybko sprawdziłam rozkład jazdy. Znowu dupa. Jeden autobus odjechał 3 minuty wcześniej, kolejny był za 5 ósma, a równo o ósmej miały przecież być zajęcia. Nie powiem, ogarnęła mnie panika. Kolejna myśl – taksówka. No ale kurde, jestem w 2 strefie taryfowej, a w portfelu mam… 30zł.

Zaliczyłam więc poranny jogging wprost do pierwszej strefy. Nie było daleko, to niby tylko pół kilometra, może kilometr. Jednakże dla takiego pączka jak ja, to była mordęga. Udało mi się zamówić taksówkę. W skrócie, jakoś zdążyłam na zajęcia.

Jeszcze ze szkoły zadzwoniłam do męża. Podobnie, jak i ja, był chyba za bardzo zmęczony, żeby się wkurzać. Nie wiem, jak on, ale ja czułam w tamtym momencie wyłącznie beznadzieję. Zmęczona, zła i głodna, wróciłam do domu. Tego dnia położyliśmy Małą trochę wcześniej spać – ona też była zmęczona po nocnych ekscesach. Mieliśmy wieczór dla siebie. Postanowiłam nakarmić chomika.

Jakoś tak nasz NiamNiam nie wychodził z domku. Stwierdziłam, że pewnie śpi i poszłam trochę ogarnąć łazienkę. Coś mnie jednak tknęło, że przecież wcześniej, też się nie pokazywał. Podchodzę do klatki i uważnie obserwuję, co się dzieje. A nie dzieje się nic. Otworzyłam klatkę i wsypałam kilka ziaren słonecznika do miseczki. Zwykle NiamNiam wychodził i starał się mnie dziabnąć. Teraz nic takiego się nie wydarzyło. Zawołałam męża i razem podnieśliśmy domek. Nasz chomiczek leżał zwinięty w kulkę zupełnie martwy.

Tego dnia skonał Posejdon i NiamNiam. Tego pierwszego może da się jeszcze reanimować, ale w przypadku drugiego śmierć była ostateczna. Jakoś tak mnie to dotknęło. No dobra, przyznam się. Rozkleiłam się zupełnie i ryczałam, jak bóbr, z powodu chomika, który mieszkała z nami jakieś dwa tygodnia.

Złamałam się. Po takim ciężkim i intensywnym tygodniu, złamałam się i poprosiłam męża, żeby pojechał do sklepu po chipsy i piwo. Chyba ze dwa miesiące się opierałam. Tamtego dnia, nie miałam już na to siły. A potem zjadłam całą paczkę  chipsów.

Niedziela

Niedziela pełna była poczucia winy z powodu tych chipsów. A tak serio, miałam ochotę zwinąć się w kłębek pod kołdrą i nie wychodzić z łóżka. Oczywiście tak się nie dało. Może to i lepiej? Zamiast użalać się nad sobą, skupiłam się na rodzinie i na Małej. Chciałam jakoś fajnie spędzić ten czas. Mimo paskudnego tygodnia i krytycznie małych zasobów energii, jakoś nam się udało. To zadziwiające , jakie odnajdujemy w sobie pokłady siły, kiedy chcemy coś zrobić dla innych.

Słodko-gorzki tydzień dobiegł końca. Pora wysiadać z tego emocjonalnego rollercoastera. Takie intensywne, pełne zdarzeń i odczuć tygodnie, są bardzo wyczerpujące. Przyznam szczerze, że trochę nie wiem, co mam, o tym myśleć. Z jednej strony do tego właśnie dążę – życie powinno być pełne emocji i pasji. Z drugiej jednak strony, to kosztuje mnie wiele stresu. Może czasami takie zwykłe dni też są coś warte? Może czasami lepiej jest zostać w domu i wiedzieć, jak będzie toczył się dzień, niż wypatrywać niewiadomego? A może to wszystko jest nam potrzebne, jest po coś?

Jutro pomyślę o tym wszystkim, dziś nie mam na to siły.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *